ROBERT GWIAZDOWSKI - BLOGI

Robert Gwiazdowski

Dziecięca choroba lewicowości Pana Rafała

Kiedy Polska połknęła swojego liberalnego bakcyla zastanawia się Rafał Woś w swojej najnowszej książce „Dziecięca choroba liberalizmu”. Nie czy w ogóle, tylko kiedy! No i oczywiście był to „bakcyl”, czyli „bakteria”, „zarazek”, „prątek”. Przez Wosia nazywany „liberaliozą”, która była „wirusem wyjątkowo szkodliwym”. (s. 26) I w zasadzie już wszystko jasne. Ale przeczytałem do końca i to jeszcze przed rynkowym debiutem. Nawet napisałem rekomendację, że warto przeczytać. Ale recenzji pisać nie zamierzałem. Skłoniły mnie entuzjastyczne recenzje innych – zwłaszcza Jacka Żakowskiego w Gazecie Wyborczej.

Nie ma w tym akurat  nic dziwnego, bo Pan Jacek jakiś czas temu też napisał o liberalizmie jako o „zlepku zapyziałych idei”, a za jego najbardziej miarodajnych przedstawicieli uznał Balcerowicza, Bieleckiego, Belkę i nawet Boniego. 

Owszem liberalna idea wolności i równości wobec prawa szerzyła się na świecie jak zaraza. Niszczyła feudalizm, pańszczyznę, przywilej stanowe, monarchię absolutną i wspierający ją merkantylizm gospodarczy. Dlatego była zwalczana. I jest. W imię tych samych ideałów. Współczesny interwencjonizm to przecież unowocześniona wersja merkantylizmu. Podobnie jak stojąca za nimi dominująca teoria ekonomiczna. Państwo ingerujące we wszystko to przecież państwo absolutne. Co prawda współczesny „król” jest elekcyjny, ale jego władza jest jeszcze silniejsza niż Ludwika XIV. Przywileje stanowe zastąpiły przywileje polityczne i korporacyjne – ale zasada, że jedni mają lepiej kosztem innych pozostała. Z tym, że chłop pańszczyźniany pracował na rzecz pana 2 dni w tygodniu, a dziś młody pracownik pracuje 3,5!

Oczywiście idee wolnościowe można zwalczać na różne sposoby. Rafał Woś należy do tych, którzy zwalczają je dość inteligentnie – tak jak Keynes zwalczał  Saya i Misesa – przeinaczając stawiane przez nich tezy, w nadziei, że ktoś, kto nie przeczyta oryginału, łatwo da się zmylić.

Książka jest o „dziecięcej chorobie liberalizmu”. Tylko liberalizmu w książce nie ma. W ogóle! Jest tylko wzmianka o zasadach podatkowych Adama Smitha. O jego etyce – ani słowa. Lepiej nie wspominać, że liberalna idea wolności łączy się z poczuciem sympatii wobec innych ludzi i odpowiedzialnością za własne czyny. Więc tytuł parafrazujący Lenina („Dziecięca choroba lewicowości w komunizmie”) wydaje się jak najbardziej trafny i – sądząc po oczytaniu Pana Rafała – pewnie nie jest to przypadkowe.

O czym więc jest jego książka? Jest o neoliberalizmie. Chociaż nie – o neoliberalizmie też w zasadzie prawie nic w niej nie ma. Jest tylko sugestia, że to, co ona przedstawia, to jest właśnie „neoliberalizm”. Dużo jest o polskich przemianach ustrojowych i gospodarczych po 1989 roku – ale tych nie będę komentował bo się nie znam na polityce. Zresztą o tym nikt by zapewne już nie czytał, zwłaszcza, że Pan Rafał głównie cytuje albo omawia opracowania innych. Więc trzeba było wymyślić dobry tytuł. Jazda po liberalizmie się świetnie sprawdziła sądząc po wynikach sprzedaży.

Jak ktoś się nie zna na architekturze to mu łatwo budowle neogotyckie pomylić z gotykiem. Bo nazwa zakłada podobieństwo. Między liberalizmem a neoliberalizmem są pewne różnice. Zależą w dużym stopniu od tego jak się ów mityczny neoliberalizm zdefiniuje. Ale są też podobieństwa, które muszą być by można jakieś poglądy nazwać „neoliberalnymi”. Rozłożystej kopuły nie nazwiemy „neogotycką”.

Nie wystarczy napisać – jak to czyni Rafał Woś – że „po raz pierwszy nazwa „neoliberalizm” padła na słynnym seminarium organizowanym w roku 1938 w Paryżu przez intelektualnego celebrytę tamtych czasów, amerykańskiego dziennikarza Waltera Lippmanna. Grono stanowiło ciekawą i kolorową zbieraninę. Byli tam ekonomiści niemieccy (Wilhelm Ropke, Alexander Rustow), którzy uciekli z kraju przed Hitlerem. To oni już dekadę później będą kładli podwaliny pod koncepcję społecznej gospodarki rynkowej (inaczej ordoliberalizmu), na której oprze się powojenna koncepcja odbudowy Niemiec Zachodnich. U Lippmana nie brakowało też oczywiście Francuzow (Jacques Rueff i Raymond Aron). Byli również wielcy Austriacy: Ludwig von Mises i przede wszystkim Friedrich von Hayek”. Co ich łączyło? A co dzieliło? O tym ani słowa. Jest tylko krótki opis sylwetek Hayeka i Friedmana oraz Aarona Directora i Ronalda Coase’a, których w Paryżu nie było. A potem już przeskakuje Woś do ustawy Gramma–Leacha i deregulacji rynku finansowego w Stanach Zjednoczonych. Owszem była ona uzasadniana teoriami ekonomistów z Uniwersytetu w Chicago, ale nie każdy, kto wykładał w Chicago, stawał się przez to automatycznie „neoliberałem”. Żeby być „neoliberałem” trzeba było podzielać filozofię, którą kierowali się uczestnicy Kolokwium Lippmana i późniejsi twórcy Mont Pelerin Society.

Po raz pierwszy terminu „neoliberalizm” w znaczeniu opisowym użył w 1950 roku Jacques Cros w książce „Le néo-libéralisme et la révision du libéralisme, określając nim poglądy Hayeka i Röpkego – a więc  „Austriaka” i ordoliberała. Sam Rafał Woś zdaje się żałować, że choć Mazowiecki miał pojechać do Bonn, żeby tam szukać recepty na przebudowę gospodarki (w ordoliberalizmie właśnie) to jego ekonomiczni doradcy kupili mu bilet do Chicago i Waszyngtonu” (s. 37). Więc nie taki może ten „neoliberalizm” straszny skoro opiera się na nim niemiecka społeczna gospodarka rynkowa?

Konfucjusz pisał, że „gdy słowa tracą swe znaczenie ludzie tracą wolność”. Ciekawe, że przeciwnicy liberalnej idei wolności nazywali Hayeka… konserwatystą! Najpoczytniejsze swoje dzieło – „Konstytucję wolności” – zakończył on więc rozdziałem tłumaczącym dlaczego nim nie jest! A konserwatystą przezwano go dlatego, że konserwatyzm się Amerykanom źle kojarzył. Teraz źle ma się kojarzyć neoliberalizm – nie tylko zresztą Amerykanom.

Zaczyna Pan Rafał od przypomnienia Jefreya Sachsa. To ten „Indiana Jones ekonomii”, który był doradcą Leszka Balcerowicza we wprowadzaniu… No właśnie czego? Chyba socjalizmu, skoro twierdzi, że zawsze nim był. Fakty, o których będzie zaraz mowa, potwierdzają tę tezę.

No i oczywiście nie mogło się obyć w pierwszym akapicie bez Pinocheta. Jako symbolu przemian liberalnych w Polsce? Wojciech Jaruzelski (przecież też generał) wziął bowiem „ostry kurs na dyktaturę, by dokonać „koniecznych”i radykalnie wolnorynkowych reform gospodarczych” (s. 18). Nie mówiąc już o liberale Ireneuszu Sekule i – a jakże – Mieczysławie Rakowskim. „Taka wyliczanka to oczywiście (co najwyżej) luźna zabawa myślowa” – pisze Woś (s. 18). Inne wyliczanki są jeszcze „luźniejsze”.

Najbardziej wstrząsające wydaje się być dla Pana Rafała uzmysłowienie sobie, że „neoliberalizm po prostu… zadziałał” (s. 25) Oczywiście tylko „w swojej najwcześniejszej fazie”, ale nie pisze dokładnie kiedy się ona skończyła. Ale jak już to sobie uświadomił postanowił się tym przekonaniem rozprawić i przeprowadził – znany z Orwella – „seans nienawiści”. Jego zdaniem neoliberalizmu padł w Polsce padł na podatny grunt, bo… „Gierek miał pecha” (s. 27) gdyż światowy kryzys naftowy uderzył „rykoszetem (ale jednak celnie)” w okresie „kiedy w Polsce nastąpiło klasyczne przegrzanie gospodarki – szybki wzrost PKB (ale również realnych płac)” związany z „zakrojonymi na szeroką skalę inwestycjami”. Co prawda „inwestycje te nie przełożyły się na podniesienie produktywności” (s. 27) ale tego wątku autor nie rozwija. Bo przecież bankrutowała w tym samym czasie i Argentyna i Grecja (w domyśle państwa kapitalistyczne, wolnorynkowe i liberalne) więc co się będziemy czepiać Gierka – „rzutkiego śląskiego sekretarza” (s. 29)!

Zresztą w ogóle PRL to była perełka: „w latach 1945–1989 powstało 1615 nowych zakładów przemysłowych. Były to niemal wyłącznie (95%) inwestycje typu greenfield, czyli na terenach uprzednio niewykorzystanych przemysłowo. Powstały w nich prawie 2 mln miejsc pracy. Najwięcej (617 zakładów) utworzono w latach 70.” – czyli właśnie w epoce Gierka. Gdzie do tych osiągnięć burżuazyjnej Polsce sanacyjnej, w której „największe przemysłowe osiągnięcie – Centralny Okręg Przemysłowy – to „zaledwie 51 zakładów i 110 tys. nowych miejsc pracy” (s. 57).

Na tle PRL jeszcze gorzej – w oczach Pana Rafała – wypada historia ostatnich 25 lat! „W latach 1990–1991 polski PKB skurczył się o 15%. Tylko w 1990 roku przeciętna płaca spadła o 25%, emerytury i renty o 19%, a dochody netto z rolnictwa (na jednego pracującego) o 63%. W 1989 roku poniżej minimum egzystencji żyło 16%. społeczeństwa. Cztery lata później – ok. 40%” (s. 50). Dlatego kilka stron poświęca Pan Rafał polemice z Marcinem Piątkowskim piszącym o „złotym wieku” polskiej gospodarki, z którym oprócz tego w wielu kwestiach się zgadza, co widać choćby w wymianie myśli na Twitterze. W pierwszym odruchu można nawet mieć wrażenie, że z Piątkowskim, którego wymienia 16 razy, polemizuje Woś z większym zacięciem niż z Balcerowiczem, wymienionym niewiele razy więcej, choć w sposób bardziej rozporoszony.

Zresztą to nie Balcerowicz jest głównym winowajcą. Liberalizm wprowadziła w Polsce „nomenklatura”, (s. 31) która początkowo marzyła o modelu chińskim, co jest o tyle ciekawe, że model chiński pojawił się później, ale takich szczegółów nie ma co się czepiać. Bardziej ciekawi mnie jednak dlaczego nomenklatura nie sprywatyzował „tych 1615 nowych zakładów przemysłowych”, z których „po roku 1989 zlikwidowano 657” (s.57). Majątek zlikwidowanych przedsiębiorstw stanowił przecież 30% całego majątku zbudowanego w nowych zakładach, 36% ich potencjału produkcyjnego i 45% całości ich zatrudnienia” (s. 57). Narzuca mi się pytanie, czy opłacało się „nomenklaturze” likwidować kurę znoszącą złote jajka, zamiast się na niej „uwłaszczyć”, skoro była tak silna by wprowadzić „liberalizm”? Może po prostu nie opłacało się jej dłużej utrzymywać, bo żarła wszystko co było w kurniku, a jajka wcale nie były złote?

 Podkreśla Pan Rafał, „bezsprzeczny historyczny fakt, że w Polsce najpierw wprowadzono kapitalizm, a dopiero potem demokrację (s.33). Wypada zatem stwierdzić, że to jeszcze nie był taki pełny kapitalizm, ale nie to jest najbardziej istotne. Tak było historycznie na Świecie – najpierw wykształcił się kapitalizm, a dopiero później demokracja. Wprowadzenie demokracji jako ustroju politycznego współczesnych państwa umożliwiło wcześniejsze wprowadzenie kapitalizmu jako ustroju gospodarczego. Bo przecież demokracja nie miała żadnych szans zaistnieć wcześniej w państwach niewolniczych i feudalnych, ani później w realnym socjalizmie. Demokracja jest związana z liberalizmem historycznie i funkcjonalnie, co unaocznił chyba najlepiej Aleksander de Tocqueville (nota bene też liberał).

 Nie podołałem jednak – przyznaję – zrozumieć tezy Pana Rafała, że „socjalizm (wbrew przewidywaniom Marksa) nigdy nie stał się następcą kapitalizmu. Lecz raczej substytutem jego wczesnej, bardzo wolnorynkowej fazy” ( s. 32) Można byłoby z tego wywieść zabawną tezę, że sytuacja w Polsce za Gierka była substytutem sytuacji w Holandii, Wielkiej Brytanii, czy Stanach Zjednoczonych pod koniec XVIII wieku? Ale chyba aż tak zabawny to Pan Rafał nie jest?

Choć inne tezy brzmią jednak zabawnie. Na przykład ta, że „w praktyce gabinety Tadeusza Mazowieckiego czy Jana Krzysztofa Bieleckiego wiedziały, że zadłużeniowa pętla zostanie poluzowana tylko wówczas, jeżeli Polska będzie postępowała według wskazówek płynących ze strony waszyngtońskich instytucji finansowych. Nie pozostawało im więc nic innego, niż płynąć z neoliberalnym prądem…” (s. 35) Przede wszystkim określenie „zadłużeniowa pętla”, które brzmi nieco pejoratywnie, nie przystaje do dalszych wywodów, w których autor będzie nas przekonywał, że dług nie ma znaczenia i można go w najlepsze zwiększać. To dlaczego nie można było w latach 1989-1992? Ale to szczegół w porównaniu z tym, że Milton Friedman – ten ekonomiczny „celebryta” – który na pierwszych kartach książki został wspomniany jako architekt chicagowsko-waszyngtońskiego porządku, podczas pobytu w Polsce z Prezydentem Reaganem w 1991 roku, zalecał abyśmy nie szli tą drogą, którą prowadzili nas Leszek Balcerowicz i Jeffrey Sachs. Jaki z tego wniosek? Taki, że neoliberałowie nie mieli nic wspólnego z tym co się w Polsce stało, czy taki, że Friedman nie był neoliberałem, a Balcerowicz i Sachs byli? Bo nie nadążam!

Zaręczam jednak, że progresywny podatek dochodowy, w dodatku ze źle skonstruowaną, stromą progresją, który sprawiał, że rodząca się klasa średnia miała płacić w Polsce podatki w wysokości 40% (a okresami nawet 45%) od kwot które w innych państwach były zwolnione z opodatkowania, podwyższenie składek odprowadzanych do ZUS o 7 punktów procentowych i podwyższenie podstawy jej obliczania, w związku z ubruttowieniem wynagrodzeń przy okazji wprowadzania podatku dochodowego, nie miały z liberalizmem nic wspólnego. Podobnie jak aferalna polityka podatkowa, ujawniająca się przy zmienianych co kilkanaście tygodni rozporządzaniach Ministra Finansów, czy ograniczanie wolności gospodarczej wprowadzonej w Ustawie Wilczka.

Krytyka „neoliberalizmu” zaczyna się – a jakże – od „prywatyzacji”. Niestety nie jest to słowo ujęte w cudzysłów, co może sugerować, że rzeczywiście miała ona miejsce. Woś przywołuje czterotomową pracę Jacka Tittenbruma „Z deszczu pod rynnę” zawierającą opisy dziwnych prywatyzacyjnych przypadków. Kto to wszystko zrobił – zapytajmy? Rynek prywatyzował tak nieudolnie, czy państwo prywatyzowało? To państwo, które ma podobno naprawiać wady rynku. A skoro państwo prywatyzowało źle to skąd przypuszczenie, że zarządzałoby dobrze jakby nie sprywatyzowało? I dodajmy, że z dużych państwowych molochów sprywatyzowano tylko huty. Energetyka, węgiel, przemysł naftowy, gazowy, chemiczny, wydobywczy pozostają pod kontrolą państwa? W takim razie dlaczego nie jest dobrze – jak pisze Piątkowski – tylko źle – jak pisze Woś? Coś tu nie gra  z logiką. Ale socjaliści zawsze posługiwali się dialektyką, więc może i to da się jakoś wytłumaczyć.

Za przykład złej prywatyzacji służy program Narodowych Funduszy Inwestycyjnych. Pytanie, czy to była liberalna, rynkowa prywatyzacja? Państwo wybrało firmy, które miały zarządzać majątkiem przekazanym im przez państwo, za wynagrodzenie (kuriozalne) określone przez państwo! Gdzie tu był wolny rynek? Centrum Adama Smitha wyprodukowało serial telewizyjny o NFI, który  został wyemitowany w TVP. Można sprawdzić co mówiłem na ich temat w roku 1994.

Pan Rafał epatuje przykładem Zakładów Produkcji Papieru i Celulozy w Kwidzynie, które zostały sprzedane International Paper Group (s. 63). Może więc warto wspomnieć, że Amerykanie kupili też nieco wcześniej Zanders Feinpapiere AG w Niemczech i Aussedat Rey we Francji. Potem dokupili jeszcze Federal Paper Board, Union Camp Corporation i Chamion International Paper! No I dziś na niemieckiej stronie International Paper jest odesłanie do zakładów w Kwidzynie! Ale ciekawe, czy zakłady te miałby stanowić dla Amerykanów konkurencję? Z technologią, jaką posiadały w 11990 roku? Ale skoro o ich sprzedaż mamy mieć pretensję, to do kogo? Do wolnego rynku? Wolne żarty! Czy na wolnym rynku można sprzedać cokolwiek poniżej wartości rynkowej? Przecież na wolnym rynku inni oferenci stanęliby w kolejce i licytowali, dopóki cena nie doszłaby do poziomu równowagi! To państwo przeprowadziło tę transakcję!

Sporo miejsca w książce krytykującej liberalizm poświęcono reformie emerytalnej jako „bombie z opóźnionym zapłonem” (s. 76 i n.) Czyżby była ona symbolem liberalizmu? To pewnie dlatego nie ma ani słowa o Krzysztofie Dzierżawskim! Przecież ten liberał jako pierwszy wskazywał na jej absurdy! Nie ma też wzmianki o krytyce sukcesywnie prowadzonej przez Centrum Adama Smitha już po śmierci Pana Krzysztofa! Gdzieżby tam. Skoro jest teza że liberalizm jest paskudny, to musi być odpowiedzialny i za wprowadzenie OFE! Pisze Pan Rafał dobrodusznie, że na wady reformy „dziś wskazuje cały szereg autorów – od Roberta Gwiazdowskiego, autora książki Emerytalna katastrofa…” (s. 235) Dziś? Zapytam z pewną ironią. Wskazywałem na absurdy obowiązku przekazywania składki do OFE, które obowiązkowo musiały kupować za te pieniądze obligacje skarbowe pozostawiając sobie suty profit za pośrednictwo od samego początku! W innym miejscu (s. 162) przeczytałem, że „arcyliberalne Centrum Adama Smitha ciepło wypowiada się o emeryturze obywatelskie”. Przecież to my pojęcie to wprowadziliśmy w Polsce do obiegu! Ale to się nie mieści w głowie, bo przecież jesteśmy „arcyliberalni” – musimy być źli.

Starym zwyczajem Keynesa, Rafał Woś opisuje liberalne mity, które potem obala. I starym zwyczajem  mity te sam najpierw tworzy. Na przykład mit: „złe okrutne państwo, dobry prześladowany biznes”. Gdyby liberałowie uważali, że państwo jest złe, to byliby jego przeciwnikami – jak libertarianie z jednej strony i anarchiści z drugiej. Tymczasem liberalizm wyznaje potrzebę istnienia silnego państwa, z tym że o ograniczonych uprawnieniach. Taka jest podstawa liberalnej teorii „państwa nocnego stróża”. Ma on byś silny, uzbrojony „po zęby” i sprawny. Ale to nie znaczy, że ma decydować o majątku, którego ma pilnować. A co do biznesu to przecież Adam Smith pisał: o „dbałej o swój interes sofistyce kupców i fabrykantów”, która  przyćmiewa zdrowy rozsądek, albowiem „interes kupców i fabrykantów przeciwstawia się bezpośrednio interesom wielkich mas ludzkich”. I właśnie dlatego propozycja jakiegoś nowego prawa od nich pochodząca „powinna spotkać się zawsze z największą ostrożnością (...) Pochodzi bowiem od klasy, której interes nigdy nie jest dokładnie taki sam, jak interes publiczny, a która jest zainteresowana tym, by oszukiwać, a nawet ciemiężyć społeczeństwo”! To ojciec liberalizmu napisał!

„Przedsiębiorcy doskonale wiedzą, że bogactwo narodów bierze się z pracy. Oni by chcieli zatrudniać pracowników, żeby u nich pracowali, żeby ich firmy się rozwijały. Problem polega wyłącznie na tym, że koszty pracy są idiotycznie wysokie, że trudno znaleźć dobrego pracownika, jeżeli z jego wynagrodzenia, które jest skłonny zapłacić pracodawca, trzeba zabrać tak dużo, żeby mieć z czego oddać panu ministrowi zaliczki na PIT, składki na NFZ i wszystkie pozostałe składki odprowadzane na ZUS” – cytuje Pan Rafał słowa „jednego z czołowych komentatorów ekonomicznych, doktora habilitowanego nauk prawnych i wybitnego eksperta od podatków”. Choć „nazwisko nie jest aż tak istotne, bo pewnie pod tym stanowiskiem mogłaby się podpisać bardzo duża część uczestników polskiej debaty ekonomicznej” (s. 101) to śmiem twierdzić, że gdyby nie było istotne, to opis nie byłby aż tak dokładny. I pewnie chodzi o tego samego eksperta, którego Pan Rafał poprosił o skreślenie kilku sów zachęty do przeczytania jego książki. Ale liberał woli przeczytać czasem książkę socjalisty, niż kolejną książkę jakiegoś liberała. Bo głupoty pisane przez socjalistów bardziej umacniają go w przekonaniach, niż mądrości pisane przez kolegów liberałów. 

Pisze Pan Rafał, iż „wygłoszona ex cathedra opinia o zbyt wysokich kosztach pracy to w warunkach dzisiejszej gospodarki po prostu… nieprawda.” Może to prawda dla prezesa …. International Paper Poland! On może porównywać wynagrodzenia w Kwidzynie do wynagrodzeń w Riegelwood w Karolinie, w Arles czy Chalon we Francji. Polski Miś, który jest jego dostawcą, albo odbiorcą porównuje wynagrodzenia przez siebie płacone do innego Misia, który jest dostawcą, albo odbiorcą kolejnego Misia.

Dlaczego pracownik International Paper w Kwidzynie zarabia mniej (jeszcze) niż pracownik w Arles czy Chalon, mimo że jest tak samo wydajny? Albo nawet bardziej? Bo Francuzi przez lata, jak u nas Bierut. Gomółka i oczywiście Gierek, budowali fabryki, wymyślili i wyprodukowali wiele rzeczy ciut lepszych, które do dziś sprzedają na całym świecie. Dzięki temu pracownicy zatrudnieni w ich fabrykach mogą lepiej zarabiać i w związku z tym mogą płacić więcej za papier – czy to toaletowy, czy to fotograficzny. Dlaczego pracownicy w Kwidzynie nie zarabiają tak dobrze jak we Francji? Dlatego, że gdyby zarabiali dużo więcej, na każde miejsce pracy zgłosiłoby się pięćdziesięciu (albo więcej) kandydatów, z których każdy zgodziłby się pracować za mniej. Dlaczego ich pracodawca, zamiast wybrać tańszego pracownika, miałby zatrudniać droższego? We Francji takich rozbieżności w płacach nie ma, bo tam cała gospodarka była w latach 90-tych zdecydowanie bardziej nowoczesna. Dzięki większej innowacyjności, wiedzy, lepszej organizacji pracy niż w Polsce za Gierka, mnóstwo ludzi zarabiało dużo lepiej. Dlatego mogli płacić więcej za papier. Jeżeli pracownik w Kwidzynie miałby zarabiać tyle samo ile zarabiają pracownicy w Arles czy Chalon, cała polska gospodarka musiała by być bardziej nowoczesna i efektywna. Tak się może stać, ale jesteśmy na początku drogi. Niestety Rafał Woś w to wątpi. Jego zdaniem wcale nie przeżywamy złotego okresu w naszej historii gospodarczej! W porównaniu z epoką Gierka…

Dlatego Woś powtarza bzdury, że mamy w Polsce „kulturowy rasizm”! „W krajach prowadzących ekspansję kolonialną rasizm uzasadniał wyzysk ekonomiczny tubylców o innym kolorze skory. „Z kolei w społeczeństwach, gdzie brakowało prawdziwych murzynów, zawsze znajdowali się murzyni biali. Tak jak robotnicy w Polsce po roku1989” (s. 125) Do 1989 roku robotnicy w Polsce – ma się rozumieć – byli panami! Ale zostawmy w spokoju fascynację komunistyczną przeszłością Pana Rafała i autorów, których cytuje. Spójrzmy jak jest dziś. Serce może popierać humanistyczną troskę o to, by wysokie pensje były podstawowym prawem człowieka. Jeżeli jednak miałbym mieć prawo do wysokiej pensji, ktoś musiałby zostać zobowiązany do zapewnienia mi jej. Czy fakt ten nie uczyni z niego mojego niewolnika? Takie myślenie prowadzi do przyznania komuś prawa, a z drugiej nałożenia na kogoś innego obowiązku świadczeń dla czyjejś satysfakcji. Tymczasem system, w którym A i B decydują co C ma zrobić dla D jest nie nieefektywny i niemoralny. Wszelkie dyskusje koncentrują się na osobach „światłych reformatorów” A i B oraz na „biednym” D. Nikt nie bierze natomiast pod uwagę osoby C – wielkiego „Forgotten Man”, jak go określał William Graham Sumner – zmuszanego przez jednych do robienia czegoś na rzecz innych.

Mamy „patologiczny rynek pracy” – pisze Woś. Tu zgoda. Tylko dlaczego? Bo praca jest „za tania” – twierdzi. Nie wyjaśnia tylko w porównaniu do czego i dlaczego? Więc przyjrzyjmy się dokładniej. Płacę za pracę pracownika 3.500 zł. Może to i mało, ale on otrzymuje z tego na rękę dużo mniej – 2.100. (Większość pracujących tyle właśnie zarabia, choć statystyczne średnie wynagrodzenie netto podawane przez GUS wynosi 2.800 zł.) Jakbym zatrudnił go w Londynie płacąc 660 funtów (równowartość 3.500 zł na połowę października 2014 roku) to on otrzymałby netto… 660 funtów. Dokładnie. Nie zapłaciłby ani podatku dochodowego, ani składek ubezpieczeniowych. Jego zobowiązania podatkowe z tytułu podjęcia pracy wynoszą 0%! Owszem w Wielkiej Brytanii koszty utrzymania są wyższe. Ale nie o tyle procent ile w Polsce rząd zabiera mu z jego wynagrodzenia! Miesięcznie zabiera mu 1.400 zł (prawie 265 funtów) czyli 40% tego co zapłacił pracodawca i 65% tego co otrzymał netto pracownik. To rząd ograbia pracowników. Bo pamiętajmy jeszcze, że jak pracownik wyda zarobione 2.100 to w cenie kupowanych towarów i usług zapłaci podatek VAT (stawka podstawowa 23%), ewentualnie akcyzę i cło oraz wszystkie inne podatki, które zapłacić musiał wytwórca, które rzutują na cenę tego co sprzedaje! Zbierze się tego ze 350 zł. To znaczy, że za swoją pracę wycenioną przez rynek na 3.500 zł, pracownik może nabyć dobra warte netto 1.750! Połowę wartości jego pracy przejmuje rząd! On jednak słyszy od Pana Wosia, że państwo ma zagwarantować płacę minimalną – najlepiej jak najwyższą. Może niech usłyszy, że jak państwo podniesie minimalne wynagrodzenie o 100 zł to pracownik dostanie 69 zł, a rząd 52 zł. Że to razem więcej niż 100? No właśnie. Nie tylko pracownik płaci rządowi za to, że zarabia, ale i pracodawca za to, że go zatrudnia!

I może dlatego wielu pracowników woli inną formę zatrudnienia niż umowa o pracę? Jak pisze Rafał Woś Polacy „postawieni wobec wyboru: mniej do ręki, ale z oskładkowaniem, albo więcej teraz, wybierają to drugie”. „Nie myślą o takich sprawach jak emerytura czy składki zdrowotne”. „Co będzie dalej, to się zobaczy”. „Tym, skąd polskie państwo ma wziąć w przyszłości pieniądze na emerytury, nikt się nie przejmuje” (s. 135) Jako to nie? Właśnie polscy liberałowie się przejmują – stąd pomysł emerytury obywatelskiej finansowanej nie ze składek obciążających wynagrodzenia, tylko z innych podatków – mniej  szkodzących rynkowi  pracy.

Większe bezpieczeństwo pracy może zapewnić International Paper. Ma duże obroty, płynność finansową, koszty pracy nie są największą częścią składową kosztów jego działalności. Przedsiębiorstwa zatrudniające kilka osób, nie mające kredytu obrotowego nie mogą tak postąpić. Nawet większe nie mogą bo ryzykują. Jak w warunkach ciągłego ryzyka pracodawcy zapewnić ma bezpieczeństwo pracownikowi? Zwłaszcza, że to ryzyko w dużym stopniu generuje państwo. Wystarczy, że Donald Tusk wymyślił darmowy podręcznik – i mieliśmy u w wydawnictwach zwolnienia zbiorowe.

Z badań, które przywołuje Rafał Woś wynika, że „zdecydowanie najgorsze warunki pracy proponowali niestety pracodawcy prywatni z mikroprzedsiębiorstw oraz małych i średnich firm polskich należących do kapitału prywatnego”. W International Paper mają warunki do zapewnienia pracownikom lepszych warunków. Powstali w styczniu 1898 roku i to z połączenia fabryk działających już dużo wcześniej. Myśmy wówczas świętowali 35 rocznicę wybuch Powstania Styczniowego. Zaintrygowały mnie jednak pytania jakie Juliusz Gardawski z SGH, jeden z najbardziej znanych badaczy polskich relacji pracowniczych, postawił badanym.

„Czy zarząd i przełożeni organizują systematycznie spotkania z pracownikami, na których każdy może zadać pytanie czy zgłosić swoje postulaty?” „Czy pracownicy są informowani o sytuacji przedsiębiorstwa i znają plany zarządu/dyrekcji?” (s. 129) Co to były za badania? Jaki zarząd? Jaki dyrektor? Zdecydowana większość polskich pracodawców to małe firmy rodzinne. Może to  się nie podobać badaczom relacji pracowniczych, ale  takie są fakty. Kiedyś to się zmieni, ale potrzebny jest czas.

Kolejny mit, z którym rozprawia się Pan Rafał, dotyczy wzrostu gospodarczego i długu. Wzrost i eksport są podobno „cacy”, a  dług „be”. Dług jest rzeczywiście „be”. Bo zadłużamy przyszłe pokolenia nie pytając ich o zgodę. Ani to moralne, ani nawet konstytucyjne. Ale co do wzrostu i eksportu to się Panu Rafałowi wszystko kompletnie  pokręciło. Nie jemu jednemu, co prawda więc jest trochę usprawiedliwiony. Pokręciło się też Michałowi Kaleckiemu, którego dorobek naukowy z nabożną czcią Pan Rafał prezentuje jako antidotum dla polskiego liberalizmu. Owszem – czytając Kaleckiego i Keynesa łatwo dojść do wniosku, że poglądy Kaleckiego są bardziej spójne teoretycznie. Więc na tle przereklamowanego Keynesa (ten dopiero to był ekonomicznym celebrytą) Kalecki to „miszcz”. Ale z praktyką nieco gorzej. Bo teoria wzrostu i jego miernika – za który uznano PKB – to przecież Keynesizm/Kaleckizm w czystej postaci, a Pan Rafał pisze, że fascynują się nim „neoliberałowie”. Nota bene, zgodnie z teorią Keynesa, dług ma wpływać na wzrost! Dlatego Paul Krugman wzywa do zwiększania zadłużenia. Skoro wzrost jest „cacy” to i dług musi być „cacy”. Liberałów do tego proszę nie mieszać.

Podobnie niespójne są wynurzenia o eksporcie. „W Polsce bardzo rozpowszechnione jest na przykład przekonanie, że to eksport nakręca gospodarkę, i dlatego jest najważniejszy. A niby dlaczego” – pyta Woś? No właśnie. Bo to przekonanie nie jest bynajmniej rozpowszechnione wśród liberałów! Walka o „dodatni bilans handlowy” była podstawą merkantylizmu monarchii absolutnych, z którym liberałowie podjęli trud intelektualnej konfrontacji! Z bardzo prostego powodu. O ile w gospodarstwie domowym chcielibyśmy kupić jak najwięcej za jak najmniej, to w stosunkach międzynarodowych sytuacja taka nazywana jest „niekorzystnym bilansem handlowym”. Absurdalność tego twierdzenia wynika stąd, że nie możemy jeść, ubierać się i cieszyć wyrobami eksportowanymi za granicę. Jemy natomiast banany z Ameryki Środkowej, nosimy włoskie buty, jeździmy niemieckimi samochodami i oglądamy programy na ekranach japońskich telewizorów. Korzyścią, jaką ludzie odnoszą z handlu międzynarodowego jest więc właśnie to, co importują. Eksport zaś stanowi swoistą zapłatę za towary importowane. Dlatego dla obywateli danego państwa korzystne jest uzyskiwanie maksymalnie dużego importu za dany wolumen eksportu lub, co na to samo wychodzi, opłacanie danego importu minimalnym eksportem. To wymyślili liberałowie, a nie Rafał Woś.

Mit następny, to stosunek liberałów do związków zawodowych. „Im silniejsze związki, tym słabsza gospodarka, więcej bezrobotnych, mniej szans dla młodych” opisuje ten, liberalny podobno, punkt widzenia  Pan Rafał. (s. 143) W cudzysłowie ale bez podania źródła. Ja tak nie mówiłem więc zdaje się że Pan Rafał cytuje… sam siebie. Przypuszczenie potwierdza wyszukiwarka Google, bo na pierwszym miejscu po wpisaniu tego cytatu wyświetla artykuł Pana  Rafała z Gazety Prawnej z września 2013.  Bo liberałowie mają do związków zawodowych podejście… rynkowe. To filozofia głosząca, że rząd nie powinien interweniować w gospodarkę. Nie ma w tym podstawy do niechęci wobec związków zawodowych jako takich, gdyż z założenia są one prywatnym, a nie rządowym podmiotem. Problemem jest – jak zwykle – gdy państwo dokonuje interwencji  w relacje między pracodawcą i pracownikami. Kiedyś stało po stronie pracodawców. I to nie było dobre. Teraz stoi po stronie związkowców i to też nie jest dobre. Interwencjonizm zawsze rodzi więcej nowych problemów niż rozwiązuje starych. To nie związki zawodowe szkodzą wolnemu rynkowi, ale fakt, że rząd poprzez swoją interwencję zredefiniował ich znaczenie, sprawiając, że kojarzą się negatywnie. Prawo pracowników do  zrzeszania się jest ich świętym prawem – podobnie jak pracodawców. Ale obowiązek wypłacania pensji działaczom związkowym, którzy nie pracują tylko „działają” – to już co innego.  Bo jeśli kolej, którą trzeba dotować z budżetu, czyli między innymi z wynagrodzeń kasjerek w hipermarketach, wydaje 25 milionów zł rocznie na utrzymanie związkowców to nie jest normalne! Tylko, że kasjerki z hipermarketów  tego nie wiedzą!

 I na koniec parę słów o podatkach. Polska rajem podatkowym – twierdzi Pan Rafał (s.185) przywołując opinie ludzi, „którzy z zasady są przeciwni płaceniu podatków” i „dowodzą, że sami zarobili swoje pieniądze i nie zamierzają się nimi z nikim dzielić, bo sami najlepiej wiedzą, na co je wydać. Rządowi od nich wara. Zwolenników takiej tezy pełno wśród polskich elit opiniotwórczych i biznesowych”.(s.186) Aż zapytałem Andrzeja Sadowskiego czy kiedyś coś takiego powiedział, ale twierdzi, że nie. Więc może Pan Rafał poda konkretny przykład – który to z liberałów tak twierdzi. Bo na przykład „arcyliberalne” Centrum Adama Smitha zawsze było za niższymi podatkami bezpośrednimi a wyższymi konsumpcyjnymi i od kapitału! To Centrum poparło „podatek Belki” i nie wpisywało się w chór tych, którzy domagali się jego likwidacji! A kto twierdzi od lat, że CIT powinien być 1% od przychodu, bo wtedy międzynarodowe koncerny nie będą miały jak  go unikać! Okazuje się jednak, że Rafał Woś na ten temat rozmawiał z kolegą z czołowej bulwarówki! (s. 186)

Jakby Polska rzeczywiście była rajem podatkowym to Rafał Woś nie musiałby wytykać Janowi Kulczykowi, że jego największe spółki płacą podatki za granicą (s. 195) bo wolałby Pan Jan płacić je pewnie w raju.

Ale coś w tym jednak jest – Polska jest rajem podatkowym – dla kapitału. A koszmarem podatkowym dla pracowników – z uwagi na wysokość stawek podatków i quasi podatków i przedsiębiorców – z uwagi na zmienność prawa i jego interpretacji oraz bandyckie czasami działania organów podatkowych. Coś za coś – „bilans musi wyjść na zero”.

 „Jest olbrzymia dysproporcja pomiędzy stosunkiem skarbówki do drobnych lub niepowiązanych z władzą przedsiębiorców – często podejrzliwym, a nawet wrogim – a olbrzymią pobłażliwością albo bezradnością wobec dużych koncernów uprawiających na potęgę optymalizację podatkową i korzystających dzięki swoim wpływom w świecie polityki lub wysokich urzędników ze specjalnych przywilejów” – cytuje Pan Rafał opinię Witolda Modzelewskiego (s. 193) który to ten właśnie model podejścia do drobnych, niepowiązanych z władzą przedsiębiorców sam wprowadził, gdy był wiceministrem finansów. Ale  pełna  zgoda – minister Modzelewski zasługuje na cytat w książce krytykującej liberalizm, gdyż jest jego zaciekłym przeciwnikiem.

Powalające jest jednak twierdzenie, że „brak oficjalnych szacunków pokazujących skalę zjawiska optymalizacji podatkowej w naszym kraju. Te prowadzone przez Instytut Studiów Podatkowych (tak dostojnie nazywa się spółka z ograniczoną odpowiedzialnością profesora Modzelewskiego zajmująca się doradztwem podatkowym) wykazują, że kwota wyłudzonych zwrotów podatków w 2013 r. wynosiła grubo ponad 20 mld zł.” W jednym zdaniu „optymalizacja” i „wyłudzenia zwrotu”. Nie sądzę, żeby profesor Modzelewski tak to Panu Rafałowi wytłumaczył. To raczej Pan Rafał musiał pokręcić.

Bo karuzela VAT, której uczestnicy legitymują się opiniami prawnymi ISP, nie ma nic wspólnego z optymalizacją podatkową, której zresztą nie mogłoby być, gdyby wprowadzono podatek 1% od przychodu jak to postuluje „arcyliberalne” Centrum Adama Smitha.

Pan Rafał jest zdecydowanym zwolennikiem podatków bezpośrednich. Stanowią one (PIT i CIT) jedynie 21% dochodów fiskusa, podczas gdy podatki konsumpcyjne aż 43% – czyli odwrotnie niż w większości krajów Unii.(s. 187). A przecież „podatki pośrednie są ze swojej istoty niesprawiedliwe. Kupując dowolny produkt niby każdy płaci go tyle samo. I biedak, i milioner. Problem w tym, że gdy kwotę podatku odniesiemy do dochodu biedaka, będzie to w stosunku do jego całego budżetu wysokie obciążenie, a gdy do dochodu milionera, zaledwie kropla w morzu”. (187-188)

Mam dwie złe wiadomości. Po  pierwsze, nawet jak opodatkujemy wyższą stawką podatkową najwyższe dochody, to o jaki procent wzrośnie udział podatków bezpośrednich i jaka to będzie kwota? Po drugie, jeśli w tym samym czasie uszczelnimy przepisy i usprawnimy kontrolę, to wpływy z podatków pośrednich będą jeszcze wyższe, bo zmniejszają je oszustwa na VAT. Po trzecie, ta sama OECD, na którą Rafał Woś się tak chętnie powołuje (s. 95, 98, 102, 103, 166, 167) utrzymuje w kolejnych raportach Taxing Wages , że powinno być na odwrót – wyżej należy opodatkować konsumpcję a obniżyć podatki bezpośrednie. Ale być może OECD ma rację jak uzasadnia twierdzenia Pana Rafała i nie ma, jak nie uzasadnia. Czyli tak naprawdę to nie OECD ma rację. To Pan Rafał ją zawsze ma.

Szczególnie rozbawił mnie przykład Warrena Buffetta i Billa Gatesa, którzy opowiedzieli się za podwyższeniem im podatków (s. 196) przytoczony chyba jako wzór dla polskich przedsiębiorców. Pisałem wielokrotnie, że ci którzy już mają miliardy są za opodatkowaniem tych, którzy ich jeszcze nie mają. Pozwolą nawet opodatkować siebie, byleby zmniejszyć konkurencję.  Z apelem do Kongresu, żeby podniósł podatki wystąpił Buffett na łamach New York Times w sierpniu 2011 roku. Poskarżył się, że płaci mniejszy procent swojego dochodu niż jego sekretarka. Jak to możliwe? Za sprawą zróżnicowania stawek podatkowych od zysków kapitałowych i z wynagrodzenia za pracę oraz licznych ulg podatkowych. Ale przecież korzystanie z ulg jest prawem, a nie obowiązkiem. Jak ktoś chce zapłacić wyższy podatek, to nie musi ulg odliczać. Co ciekawe, to ten sam Buffett, który we wrześniu 2008 roku (tuż przed bankructwem banku inwestycyjnego Lehman Brothers) zainwestował 5 mld USD w akcje Goldman Sachs, a potem przekonywał nowego prezydenta Baracka Obamę (któremu doradzał podczas kampanii wyborczej) do konieczności niesienia pomocy „rynkom finansowym” – czyli po troszę sobie samemu. Zaraz potem stwierdził zaś, że kryzys już minął. Kryzys nie minął, ale, jak na „legendarnego inwestora” przystało, inwestycję w akcje Goldmana zakończył Buffett sukcesem. Amerykański gigant ubezpieczeniowy AIG został uratowany przed bankructwem rządowym zastrzykiem finansowym w wysokości 85 mld USD, z czego 13 mld USD oddał natychmiast Goldmanowi, który powiększył w ten sposób zyski ze sprzedawania CDS-ów, zbudowanych na „aktywach” w postaci kredytów hipotecznych, których się w tym czasie sam pozbywał. Ta nagłe uznanie Buffetta do wyższych podatków wyjaśniło się bardzo szybko – gdy Bank of America poinformował, że sprzedał należącej do Buffetta spółce Berkshire Hathaway 50 tys. uprzywilejowanych co do dhywidendy akcji za $5 mld. Buffett był przecież zagorzałym orędownikiem polityki luzowania ilościowego przez FED, która wspierała banki. Podobnie zresztąą jak wcześniej wspierał program pomocy państwa dlaa prfzemyssłu samochodowego, po tym jak kupił akcje General Motors. Trudno się więc dziwić, że wielkomyślnie obiecał, że się z rządem podzieli i zapłaci nawet trzydzieści kilka procent z pieniędzy, jakie zarobi na tym, jak rząd da pieniądze firmom, w które on inwestuje. Jak to pisał Adam Smith, że trzeba uważać na „dbałą o swój interes sofistykę kupców i przemysłowców” i podchodzić do ich propozycji ustawowych „zawsze z największą ostrożnością”?

Liberałowie jak Smith, Locke, Monteskiusz, Jefferson, Constant, Tocqueville, Mill to postacie światowej nauki (nie  tylko ekonomii i filozofii politycznej) których zignorować, ani wyszydzić się nie da. Więc trzeba  przyjąć starą komunistyczną zasadę – może i oni byli dobrzy, ale ich nauki zostały „wypaczone”. Podobnie jak to było z Marksem! O ile jednak – jak to wykazał Leszek Kołakowski – istniały marksistowskie korzenie stalinizmu, o tyle nie ma liberalnych korzeni tego, co się działo w Polsce po 1989 roku. Leszka Balcerowicza ochrzczono polskim monetarystą, twórcą którego był Milton Friedman. Jak usłyszał co to jest popiwek (podatek od ponadnormatywnego wzrostu funduszu wynagrodzeń) stwierdził, że jak to jest monetaryzm, to on jest Keynesistą.

Jak książka Rafała Wosia jest o liberalizmie, to ja też jestem Keynesistą.

twitterfacebookwykopKontakt e-mail
ZOBACZ STARSZE WPISY
PRZEJDŹ DO ARCHIWUM WPISÓW
 
NEWSLETTER

Podając swój adres e-mail, wyrażasz zgodę na otrzymywanie informacji od WEI.